class="page page-id-8 page-template-default"
V ^

Historia


web-DSC02903013Rodzinne tradycje bywają różne – nasza jest słodka od 1917 roku.

Trudno dokładnie powiedzieć kiedy to wszystko się zaczęło, bo od wielu pokoleń nasza rodzina zajmuje się kulinariami zawodowo. Dawno, dawno temu był to „szynk” i sklep, potem piekarnia, no i w końcu manufaktury cukiernicze. W okolicach 1917 roku jeden z braci mojego dziadka, Leon rozpoczął szkolić się na cukierniczego mistrza – od samego początku chciał mieć własną firmę więc dosyć szybko założył w naszym mieście małą manufakturę cukierniczą. Również Jego brat Józef został cukiernikiem i po jakimś czasie założył podobną manufakturę w Rybniku. Obie firmy rozwijały się doskonale. Wujek Leon (od zawsze w rodzinie wszyscy go tak nazywali) zatrudniał coraz więcej ludzi, zatrudnienie dochodziło do prawie 30 osób. W tamtych czasach Śląsk był niemiecki i to co wujkowie produkowali, było inspirowane ówczesnymi trendami jakie panowały w europie zachodniej. Były to słodycze charakterystyczne dla ówczesnej Austrii, Niemiec, Czech i Węgier – wyroby marcepanowe takie jak np. kakaowe kartofelki z marcepanu, przeróżne figurki cukrowe związane ze świętami – baranki, kurki, zajączki, dzieciątka Jezus i słodkie stajenki, pierniczki oblewane cukrem i duże pierniki niezbędne do przygotowania regionalnej potrawy wigilijnej jaką była „moczka” – to do dziś zresztą produkowany przez mojego ojca „hit”. Przeróżne cukierki, dziś już prawie nieznane – cukrowe tabliczki imbirowe, cygarka z cukru, wielobarwne lizaki. I w końcu karmelki z firmowym napisem „MEISEL” – anyżowe, eukaliptusowe, miętówki, kopalniaki i inne.

1917 rok - pierwszy sklep Leona na ul.MichalskiegoW Rybniku z kolei Józef zabrał się za cukiernictwo z innej strony …. tej czekoladowej. Potrafił świetnie ręcznie temperować czekoladę i produkować z niej prawdziwe delicje. Na ich wspomnienie do dziś starszym członkom naszego rodu zaczynają żywiej błyszczeć oczy. Jego sztandarowym dziełem były nadziewane śliwki w czekoladzie – receptura na nie wciąż jest zapisana w rodzinnej pamięci. Trudno też nie wspomnieć o skórkach pomarańczy w gorzkiej czekoladzie i o pralinach nadziewanych przeróżnymi masami. Zakłady moich wujków prosperowały przez lata, podczas wojny i po niej. W czasach komunizmu było strasznie trudno przetrwać w tej rzemieślniczej branży. Dochodziło do absurdalnych sytuacji, gdzie prawo nakazywało zdobycie pozwoleń od wszystkich pobliskich państwowych zakładów cukierniczych produkujących cukierki, na legalne wyprodukowanie nawet małej partii cukierków. Wtedy – i choć dziś to brzmi wręcz groteskowo, ale karmelki wujek sprzedawał spod lady i to tylko znanym sobie klientom, a tych miał naprawdę dużo. Niestety w czasach Bieruta i Gomułki nie sposób było kontynuować rozwój i ekspansję tak kapitalistycznego przedsiębiorstwa, szczęściem było móc produkować na tyle by przetrwać. W roku 1968 wujek Leon postanowił przejść na emeryturę. Jako, że był kawalerem postanowił swoją manufakturę przekazać jednemu ze swych bratanków – był nim mój ojciec Lucjan. Tutaj warto zatrzymać się jeszcze przy stryju Leonie, nim przejdziemy dalej. Stryj od zawsze był bardzo religijnym człowiekiem, ogólnie szanowany i uwielbiany przez dzieci, które zawsze gdy przychodziły poprosić o cukierka wychodziły z pełną buzią – do dziś przychodzą te „dzieci” już jako seniorzy i opowiadają mi o tym w moim sklepie, w którym wcześniej był właśnie jego sklep firmowy. Leon po przejściu na emeryturę postanowił jechać jak to powiedział wszystkim w rodzinie – w Polskę, by ją zwiedzić. Jak powiedział tak zrobił – spakował się i wyruszył. Wielkim szokiem dla wszystkich był pewien niedzielny poranek, gdy na mszy w kościele proboszcz ogłosił z ambony, że nasz stryj wstąpił do zakonu Albertynów. Kilka dni potem rodzina dostała kartkę z pozdrowieniami z klasztoru potwierdzającą, że to co usłyszeli moi rodzice nie było snem ani plotką. Leon w zakonie zdążył jeszcze zostać mistrzem nowicjatu i przez wiele lat wychowywać sporo młodych zakonników. Wracając do historii manufaktury – ojciec w zasadzie produkował dokładnie to samo co wujek z tą różnicą , że coraz mniej. By radzić sobie jakoś, zabrał się za produkcję lodów włoskich co pomogło Mu przetrwać trudne lata siedemdziesiąte i osiemdziesiąte. Były to lata, w których ludzie zachwycili się słodyczami z zachodu. Im bardziej zapakowane kolorowo, im bardziej sztuczne tym lepsze. Produkcja cukiernicza prawie zamarła – było fatalnie. Ojciec zaczął piec drożdżówki, smażyć pączki itp. coś co było kiedyś marginesem działalności teraz musiało nas utrzymać. Mój ojciec do dziś ciężko pracuje, wstając o czwartej rano by robić zaczyn na ciasto drożdżowe a efekty Jego pracowitości i rodzinnego doświadczenia widać, gdy patrzy się na nieustanne kolejki klientów w Jego ciastkarni.

web-7rodzina turza004Mam w pamięci wujka Leona, odwiedzałem Go jako dziecko w klasztorze, czasem spędzałem tam również kawałek wakacji. Pamiętam jego uśmiech i podejście do pracy – kochał ją. Pamiętam również Jego opowieści o manufakturze, troskę o to jak idzie mojemu ojcu, czy radzi sobie w tym ciężkim ustroju jakim był socjalizm.

web-3leonwwieku szkolnym001Zamarzyło mi się, by kontynuować to co On zaczął, by tradycja nie zamarła, by rodzinne receptury wciąż były w użyciu a nie tylko we wspomnieniach.

Chciałbym by nazwa „Słodka manufaktura Leona” była moim skromnym hołdem i podziękowaniem dla wujka Leona i Jego braci, za piękną rodzinę i jej tradycje.

Grzegorz Meisel